niedziela, 5 października 2014

Ała!

Ponieważ muszę trochę odpocząć, dzisiejszy wpis będzie traktował o fizycznych aspektach dziergania. Bo to nie jest tak, że z dywanem siedzi się wygodnie w fotelu, popijając herbatę z cytryną. Gdy tylko średnica dywanu zacznie dochodzić do 100 cm, należy na nim usiąść i dziergać prasując go jednocześnie własnym tyłkiem i udami. A ja mam czym prasować, oj mam :D

Po przerobieniu 1/4 okrązenia dywanu należy się obrócić, przy czym algorytm obracania się wygląda następująco: 
  • unieś zad kilka cm nad ziemię przy pomocy rąk, nóg oraz zadu właściwego,
  • obróć się o 90 stopni,
  • usiądź delikatnie, tak aby sąsiedzi z dołu nie podejrzewali, że hodujesz słonie.
I tak ze sto lub więcej razy w ciągu dnia :D To fascynujące ćwiczenie jest regularnie przerywane wstawaniem i czołganiem: po telefon, kawę, herbatę, coś niezdrowego do jedzenia, żeby ściszyć laptopa, żeby podgłośnić laptopa, żeby otworzyć okno lub je zamknąć. Średnio na 10 obrotów przypada jedno wstanie lub czołganie.


Po takich ćwiczeniach najbardziej obolałą częścią ciała jest ten fragment między zadem a plecami właściwymi - nazywam go roboczo i nieco mało romantycznie "nad-dupiem". Po wydzierganiu dużego dywanu jeszcze przez pół tygodnia czuję zakwasy w tym miejscu. Żeby nad-dupie chociaż od tego chudło, ale gdzie tam, po co... Jedynym pozytywem siedzenia na podłodze w ciągłym rozkroku lub po turecku jest za to ujędrnienie wewnętrznej części ud, co bardzo mnie ucieszyło, gdyż w moim wieku raczej się już wszystko zaczyna odjędrniać ;)


Podczas dziergania jeszcze bardziej od okolic zadu męczą się ręce, zwłaszcza gdy używam sznurka bawełnianego, bo sznurek poliestrowy w ogóle nie stawia oporu przy szydełkowaniu. Główne objawy niszczenia rąk to trzy odgniotki od szydełka na małym palcu i w jego okolicach. Do tego dochodzi wysuszona skóra na rękach, dzięki której mam poważnie brzmiący powód aby nie zmywać (zbyt często) naczyń :D Od czasu do czasu po dużych dywanach czuję też mrowienie rąk od czubków palców aż do łokci - ale tylko w nocy, kiedy i tak nie używam rąk.


Niektóre dywany powodują też ogromne zmęczenie umysłowe. Jeżeli wzór jest bardzo trudny lub jeżeli improwizuję, to muszę bezustannie przeliczać w głowie oczka na centymetry i vice versa. Czasem nawet wspomagam się kalkulatorem. Przy skomplikowanych dywanach nie da się oglądać zaległych Masterchefów i Kuchennych Rewolucji, trzeba cały czas być skupionym. Przy ekstremalnie trudnych wzorach odpada też słuchanie muzyki :( No już jakoś taka jednowątkowa jestem - może w mózgowej czapce byłoby mi łatwiej?


Moim ulubionym następstwem dziergania jest natomiast zmęczenie całego organizmu - po dużych mięsistych dywanach jestem zrypana jak koń po westernie. Ba, jak dwa konie! Nie dość, że wieczorem zasypiam wtedy w niecałą godzinę, to mogę sobie jeszcze zjeść bezkarnie batonika, ewentualnie trzy, bo przecież spaliłam tyyyyyyyyle kalorii :)



I to by było na tyle. No cóż, nikt nie mówił, że będzie lekko!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz